Marcel Pagnol – La Gloire de mon père

Poniżej moje tłumaczenie fragmentu powieści la Gloire de mon père (1957) Marcela Pagnola, które zostało wyróżnione w konkursie zorganizowanym w ramach warsztatów tłumaczeniowych (21-22 kwietnia 2010) na Uniwersytecie Wrocławskim.

Mon père avait une passion : l’achat des vieilleries chez les brocanteurs.

Chaque mois, lorsqu’il revenait de « toucher son mandat » à la mairie, il rapportait quelques merveilles : une muselière crevée (0 fr 50), un compas diviseur épointé (1 fr 50), un archet de contrebasse (1 fr), une scie de chirurgien (2 fr), une longue-vue de marine où l’on voyait tout à l’envers (1 fr), un couteau à scalper (2 fr), un cor de chasse un peu ovalisé, avec une embouchure de trombone (3 fr), sans parler d’objets mystérieux, dont personne n’avait jamais pu trouver l’usage, et qui traînaient un peu partout dans la maison.

Ces arrivages mensuels étaient, pour Paul et pour moi, une véritable fête. Ma mère ne partageait pas notre enthousiasme. Elle regardait, stupéfaite, l’arc des îles Fidji, ou l’altimètre de précision, dont l’aiguille, montée un jour à 4 000 mètres (à la suite d’une ascension du mont Blanc, ou d’une chute dans un escalier), n’en voulut jamais redescendre.

Alors, elle disait avec force : « Surtout, que les enfants ne touchent pas à ça ! »

Elle courait à la cuisine, et revenait avec de l’alcool, de l’eau de Javel, des cristaux de soude, et elle frottait longuement ces épaves.

Il faut dire qu’à cette époque les microbes étaient tout neufs, puisque le grand Pasteur venait à peine de les inventer, et elle les imaginait comme de très petits tigres, prêts à nous dévorer par l’intérieur.

Tout en secouant le cor de chasse, qu’elle avait rempli d’eau de Javel, elle disait, d’un air navré

— Je me demande, mon pauvre Joseph, ce que tu veux faire de cette saleté !

Le pauvre Joseph, triomphant, répondait simplement

— Trois francs !

J’ai compris plus tard que ce qu’il achetait, ce n’était pas l’objet : c’était son prix.

— Eh bien, voilà trois francs de gaspillés !

— Mais, ma chérie, si tu voulais fabriquer ce cor de chasse, pense à l’achat du cuivre, pense à l’outillage spécial qu’il te faudrait, pense aux centaines d’heures de travail indispensables pour la mise en forme de ce cuivre.

Ma mère haussait doucement les épaules, et on voyait bien qu’elle n’avait jamais songé à fabriquer ce cor de chasse, ni aucun autre.

Alors mon père, avec condescendance, disait

Tu ne te rends pas compte que cet instrument, peut-être inutile par lui-même, est une véritable mine ! Réfléchis une seconde : je scie le pavillon, et j’obtiens un cornet acoustique, un porte-voix de marine, un entonnoir, un pavillon de phonographe ; le reste du tube, si je l’enroule en spirale, c’est le serpentin d’un alambic. Je puis aussi le redresser pour en faire une sarbacane, ou une conduite d’eau, en cuivre, note bien ! Si je le scie en tranches fines, tu as vingt douzaines d’anneaux de rideaux ; si je le perce de cent petits trous, nous avons un collier à douches […]

 

Ojciec miał jedną pasję – kupowanie gratów u handlarzy starzyzną.

Co miesiąc, gdy wracał z merostwa, gdzie „uszczknął” nieco ze swej pensji, przynosił ze sobą liczne skarby: pęknięty kaganiec (0,5 franka), cyrkiel podziałowy ze złamaną igłą (1,5 franka), smyczek do kontrabasu (1 frank), piłę chirurgiczną (2 franki), lunetę morska, w której obraz jest odwrócony (1 frank), nóż do skalpowania (2 franki), spłaszczony róg myśliwski wraz z ustnikiem do puzonu (3 franki), nie mówiąc już o tajemniczych przedmiotach poniewierających się po całym domu, których przeznaczenia nie sposób odgadnąć.

Te comiesięczne dostawy przedmiotów były dla mnie i dla Pawełka prawdziwą frajdą. Matka nie podzielała naszego entuzjazmu. Zdumiona oglądała łuk z Wysp Fidżi czy też precyzyjny wysokościomierz, którego igła wzniosła się pewnego dnia do poziomu 4000 metrów (wskutek wspinaczki na Mont Blanc albo upadku ze schodów) i już nigdy się nie opadła.

Mawiała wówczas stanowczo: „Dzieci absolutnie mają tego nie dotykać!”

Biegła do kuchni, wracała z alkoholem, ługiem i kryształkami sody, a następnie długo czyściła te szczątki.

Należy wspomnieć, że w tamtych czasach drobnoustroje były nowinką, ponieważ wielki Pasteur dopiero je odkrył. Matka wyobrażała je sobie jako malutkie tygrysy gotowe pożreć nas od środka.

Potrząsając rogiem myśliwskim napełnionym ługiem, mówiła zasmucona:

- Mój biedny Józefie, zastanawiam się, co ty chcesz zrobić z tym świństwem!

Biedny Józef, triumfując, odpowiadał krótko:

- Trzy franki!

Dopiero później zrozumiałem, że to, co kupował, to nie były przedmioty – to była ich wartość.

- No tak, trzy franki wyrzucone w błoto!

- Ależ moja droga, gdybyś chciała wyprodukować ten róg myśliwski…tylko pomyśl o specjalistycznych narzędziach, których byś potrzebowała, pomyśl o setkach godzin pracy niezbędnych, aby nadać miedzi jego formę.

Matka lekko wzruszyła ramionami i łatwo można było poznać, że nigdy nie myślała o produkowaniu tego, ani też żadnego innego rogu.

Wtedy ojciec mówił z wyższością:

Nie zdajesz sobie sprawy, że ten instrument, choć być może sam w sobie nieużyteczny, jest prawdziwą kopalnią złota! Pomyśl przez chwilę: przecinam tubę i otrzymuję trąbkę słuchową, tubę morską, lejek, tubę do gramofonu; a jeśli skręcę ją w spiralę, powstanie wężownica do alembiku. Mogę także ją wyprostować, aby zrobić z niej dmuchawkę lub rurę – miedzianą – miej to na względzie! Jeśli potnę ją na cienkie kawałki, uzyskasz całe mnóstwo kółek do zasłon; a jeśli zrobię w nich sto małych dziurek, otrzymamy obręcz prysznicową [...]

 

Leave a Comment

Filed under Uncategorized

Dodaj komentarz