La Liste Goncourt: le choix polonais 2010

Nominacje do Nagrody Goncortów  2010 roku przedstawiają się następująco:

Olivier Adam Le coeur régulier
Vassilis Alexakis Le premier mot
T. Beinstingel Retour aux mots sauvages
Vincent Borel Antoine et Isabelle
Virginie Despentes Apocalypse bébé
Marc Dugain L’insomnie des étoiles
Mathias Enard Parle-leur de batailles, de rois et d’éléphants
Michel Houellebecq La carte et le territoire
Maylis de Kerangal Naissance d’un pont
Patrick Lapeyre La vie est brève et le désir sans fin
Fouad Laroui Une année chez les Français
Amélie Nothomb Une forme de vie
Chantal Thomas Le testament d’Olympe
Karine Tuil Six mois, six jours  

Marc Dugain L’insomnie des étoiles – Powieść ta gatunkowo zbliża się do kryminału. Z lekkim rozczarowaniem jednak muszę powiedzieć, że zagadkę udało mi się zbyt wcześnie rozwikłać. Akcja książki dzieje się pod sam koniec II wojny światowej, gdy Francuzi wkraczają na teren Rzeszy. Kapitan Louyre i polegli mi żołnierze odnajdują w domu na wsi wygłodzoną dziewczynkę, Marię i kości jakiegoś człowieka. Ta zagadka, a wraz z nią wiele innych tajemniczych zdarzeń i miejsc, zacznie zaprzątać umysł kapitana, postaci samej w sobie intrygującej. Oprócz zbrodni popełnionych przez nazistów podczas II wojny światowej, autor przybliża także zbrodnie popełnione przed wojną, w “imię nauki” i “czystości gatunku”. Interesujące, choć niekoniecznie odkrywcze.

Mathias Enard Parle-leur de batailles, de rois et d’éléphants – To jedna z najkrótszych powieści, które znalazły się w tym roku na liście nominowanych do Prix Goncourt. Trzeba jednak przyznać, że to piękna miniatura. Dlaczego? Autor potrafi z mało znanego, niezbyt spektakularnego wydarzenia (które być może nie nastąpiło) – wyprawy Michała Anioła do Konstantynopola w celu zaprojektowania mostu dla sułtana Bazajeda – uczynić magiczną opowieść, nadać bohaterom swoisty charakter, pokazać odrębność dwóch cywilizacji, kilkoma słowami narysować ówczesny świat, uchwycić oblicze władzy i potęgi, naszkicować trudną, przypominającą niewolę pozycję artysty, oddać dramatyzm relacji międzyludzkich, a także ukazać rozterki człowieka renesansu i jego przemianę pod wpływem innej, działającej na zmysły kultury. Ponadto autor wspaniale włada słowem. I to wystarczy, by stworzyć książkę bardzo dobrą.

Amélie Nothomb Une forme de vie – Autorka, która niestrudzenie dba o swoich wiernych czytelników, ofiarując im co roku nową powieść, tym razem zawodzi. Zresztą Amélie Nothomb ma tylu zwolenników, co przeciwników. Ja, jak zwykle w takich przypadkach, nie zaliczam się ani do jednych ani do drugich. Do tej pory przeczytałam dwie jej powieści – choć to słowo raczej na wyrost, biorąc pod uwagę gabaryty jej utworów literackich. Zwykle podobały mi się opisy codzienności i obyczajów w krajach wschodu czynione okiem niezbyt naukowym i niezbyt świadomym, choć czasem, właśnie ta, nazwijmy to eufemicznie naiwność irytowała mnie do głębi. W obu książkach, które czytałam był też jakiś pomysł na fabułę, jakaś główna myśl. Najnowsza książka w tej kwestii rozczarowuje, bo o czym ona właściwie jest? Moim zdaniem o niczym, bo jeśli już traktuje o pewnych problemach, to w sposób bardzo powierzchowny i stereotypowy. O wojnie w Iraku i o amerykańskiej otyłości czytelnik czyta, to co właściwie już wie. Wojna to zło, Amerykanie są grubi i głupi. Ach, no może najpierw jest próba uczynienia grubych Amerykanów herosami w walce o pokój, ale gdy następuje odkrycie wszystkich kart, czytelnik może czuć się zażenowany. Fabuła bowiem prezentuje się następująco: Amélie pewnego dnia otrzymuje list od żołnierza z Iraku, fana jej książek, który twierdzi, że tylko ona potrafi go zrozumieć. Korespondencja rozwija się, Amerykanin ujawnia źródło swych bolączek – otyłość. Podkreśla, że owo obżarstwo jest reakcją na zło wojny. Amélie z jednej strony kpi ze swojego korespondenta, uważa go za półgłówka niezdolnego odczytać jej ironii, a z drugiej czeka z niecierpliwością na jego listy. Lecz ostatecznie to Amerykanin robi Belgijkę w trąbę. Okazuje się, że nigdy nie był żołnierzem, a swoją otyłość zawdzięcza siedzeniu przed komputerem i wcinaniu zamówionej pizzy i innych tego typu smakołyków. Moim zdaniem jednak, ta powieść może mieć inny cel. To jakby pstryczek w nos, forma zemsty na piszących listy do autorki. Nothomb w wielu wywiadach podkreśla, że czyta całą korespondencję, która do niej przychodzi i, że na nią odpowiada. Książka ta mogłaby być w najlepszym wypadku nauką savoir-vivre’u pisania listów do Amélie Nothomb.

Karine Tuil Six mois, six jours – Fabuła, jak wiele innych w historii literatury, inspirowana wydarzeniem ze stron gazet. Z tego zabiegu korzystał z sukcesem Flaubert, Mauriac i wielu innych. Przekonuję się jednak, że potrzeba nie lada talentu, aby z prostej informacji uczynić dobrą lekturę. I tego w Six mois, six jours zabrakło. Zwłaszcza, że streszczenie prawie całej fabuły widnieje na odwrocie i brzmi mniej więcej tak: Juliana Kant, posiadaczka największej fortuny w Niemczech, kobieta dojrzała i powściągliwa, wzorowa żona i matka, pewnego dnia daje się uwieść młodemu mężczyźnie. Po upływie pewnego czasu człowiek ten posuwa się do szantażu, żąda ogromnej sumy pieniędzy w zamian za nieujawnianie kompromitujących materiałów ukazujących ich igraszki. Okazuje się później, że mężczyzna chce w ten sposób pomścić swojego ojca, wykorzystywanego przez firmę ojca Juliany w czasie II wojny światowej. Owszem, autorka pozostawia kilka kwestii do rozważenia – np. dlaczego dojrzała, zawsze przykładna kobieta, zwykle tak nieufna i podejrzliwa, daje się uwieść ledwo co poznanemu mężczyźnie albo dlaczego ten mężczyna decyduje mśić się na kobiecie, która właściwie nie ponosi odpowiedzialności za przeszłość swej rodziny albo dlaczegopo II wojnie światowej, niektórych ukarano za ich przewiny, a inni uniknęli kary, a w dodatku, wyszli na tym zaskakująco dobrze. Ale w tej powieści to wszystko zbyt płytkie, mało poruszające. Pomysł na formę narracji dość ciekawy, pozwalający poznać bohaterów, oddający im głos, ale nie do końca udany: w tekście przebija miejscami sztuczność tego zabiegu.

Najwięcej miejsca powinnam poświęcić moim faworytom, ale jeśli książka jest bardzo dobra, to właściwie broni się sama. Twórczość Michela Houellebecqa bardzo sobie cenię za bezkompromisowość i dogłębną krytykę francuskiego społeczeństwa. Jako jeden z niewielu ma coś do powiedzenia. W nowym wydaniu czyli w wierszach powieści La carte et le territoire stracił nieco pazura, tekst wygładził, ale tylko po to, by jeszcze bardziej epatować pesymizmem. Mnie ta prostota stylu odpowiada. Drugą książką, która szczególnie zapadła mi w pamięć jest Le premier mot Vassilisa Alexakisa – powieść o poszukiwaniu pierwszego słowa. Jednak i tym razem nie powiem wiele więcej. Radzę po prostu przeczytać!

Leave a Comment

Filed under Uncategorized

Dodaj komentarz